27 lat wymaga podsumowania. Tylko nie wiem od czego zacząć. Pisanie tego posta idzie mi jak krew z nosa. Robię wyliczanki, myślę o tym, gdzie obecnie się znajduję i jedno wiem na pewno, że jestem tam, gdzie być chcę i na nic tego bym nie zamieniła.

To, że Londyn to wyszło trochę przypadkowo, bo propozycja doktoratu dla M. była zbyt ważna, żeby ją odrzucić. Zresztą, wszystkie drogi w UK prowadzą do Londynu. To tutaj jest praca, wrze kultura. Człowiek czuje się czasem jak w centrum wszechświata i zastanawia, czy po Londynie da się mieszkać gdzieś indziej, czy zostaje tylko Nowy Jork… (ale też domek w lesie!)

To też pierwsze lata dorosłego życia, które od tego ze studiów różni się tym, że muszę być gdzieś codziennie. Rachunki na studiach i tak trzeba było płacić. No i nie można tak o, jutro nawet, pojechać sobie w świat, albo do J. na 3 tygodnie, albo póki by mnie dosyć nie miała. Ale można pić kawę w kawiarni i nie zastanawiać się czy potem nie będę miała na obiad, bo wydałam resztkę z wypłaty na kawałek ciasta czekoladowego. Zdaję sobie sprawę jaką jestem szczęściarą.

Londyn to dla mnie też czas kobiet. Widzę jak te mi najbliższe rozwijają się, realizują, starają wykorzystać potencjał Londynu i swój własny przede wszystkim. Babska energia aż tryska dookoła, motywuje, przepływa przez moje ciało i jestem za nią bardzo wdzięczna. M. nas nazwał kurnikiem, niech mu będzie….

W 27 latach swojego życia zdołałam mieć 9 zapaleń płuc (choć mogę się mylić co do dokładnej liczby), zapalenie zatok – stąd ta czapka, jakby ktoś jeszcze chciał wiedzieć – a przechodząc do przyjemniejszych rzeczy nazbierałam około 10 skórzanych par butów i jeszcze więcej płaszczy (a chodzę w jednym ukradzionym mamie), koordynowałam PR dla największego niezależnego polskiego festiwalu w Londynie Play Poland Film Festival , pracowałam z grupą cyrkowców, ale też jako kelnerka, barmanka, smażyłam brytyjską rybę, zbierałam jajka w kurniku i wyrywałam chwasty na polach ziemniaków pewnego deszczowego szkockiego lata, spróbowałam potraw z Malezji, Tajwanu, Indii, Turcji, Ameryki Płd. mimo, że tam nigdy nie byłam, zrobiłam setki dobrych zdjęć i tysiące tych beznadziejnych, przeprowadziłam się 6 razy, raz przeciekał nam dach i mieliśmy myszy, kupiłam setki ubrań w lumpeksie, którymi potem wymieniałyśmy się w kurniku, pojechałam do paru miejsc, do których myślałam, że nigdy mi się nie uda, bo są za drogie, przeszłam na wegetarianizm, zaczęłam regularnie ćwiczyć jogę i prowadzić tego bloga.