Z dnia na dzień uświadamiam sobie dobitniej, że to co robimy teraz, nasze poranne rytuały, ścielenie łóżka naprędce, bieg do pracy, bo znowu za późno wyszłam z domu, powrót wieczorem po jodze opustoszałym metrem, która relaksuje nie tylko ciało, spacery w przesmykach angielskich domków – ten czas teraz na co dzień – to już jest nasze życie. I teraz jest czas na to, żeby być szczęśliwym.

Brzmi tak prozaicznie, ale łatwo o tym zapomnieć. To nie jest przygotowanie do życia, bo ono już trwa i na dodatek nie zwalnia, nie czeka na nasze decyzje. Kiedy my trwonimy czas zaciskając zęby, żeby później było lepiej, świat oddycha zgodnie z porami roku, zieleń bombarduje nas na wiosnę swoją intensywnością, żeby na jesień znaleźć ukojenie w kolorach złota. A my często ślepi przechodzimy przez ten cykl z zamkniętymi oczami, nie słuchając sygnałów swojego ciała, ani natury.

Wiecie kiedy jestem sfrustrowana najczęściej? Kiedy jestem przemęczona. Kiedy wiem, że powinnam odpoczywać, ale mój umysł pędzi do przodu i zostawia mnie w tyle. Wtedy się nakręcam, robię więcej i więcej, aż w końcu, kiedy się nie zorientuję w porę, padam i dochodzę do siebie parę dni.

Męczą mnie wtedy pierdoły, czuję się jakbym zbudowała trzy osiedla własnymi rękami, a zrobiłam tylko zakupy i skreśliłam trzy inne rzeczy z listy tych do zrobienia. A piszę o tym dlatego, żeby pokazać Wam, że ja doskonale wiem, że to nie takie proste.

Ale przecież wszyscy dążymy do tego, żeby być szczęśliwymi. Nie za pięć lat, kiedy zbierzemy dość pieniędzy na tę rzecz czy inną, bo za pięć lat nawet możemy nie pamiętać, dlaczego to właściwie ten przedmiot chcieliśmy posiadać. Łatwo się można w tym zatracić. Albo znajdziemy sobie inny obiekt naszego pożądania.

Czy nie lepiej byłoby nie czekać na nic i być szczęśliwym teraz?

Dla mnie kluczem jest nauka zrozumienia sygnałów, które moje ciało mi wysyła. Zdarza mi się, że pójdę na jogę, bo wydaje mi się, że dobrze mi to zrobi, ale tak naprawdę potrzebowałam poleżeć w łóżku z książką. Ale jaką to daje satysfakcję, kiedy zrobię coś zgodnie z tym czego potrzebuję. W słuchaniu swoich potrzeb też nabiera się doświadczenia, z czasem wychodzi to lepiej.

Przez to, że moja głowa działa jak motorek, trudno mi się relaksować. Pracuję nad milionem rzeczy naraz, w pracy kampanie marketingowe, co chwilę mi przychodzi milion pomysłów na posty na bloga i nowe projekty… najchętniej bym to wszystko naraz zrobiła, ale wiem, że źle by się to skończyło.

Wiem z rozmów z bliskimi mi kobietami tutaj w Londynie, że to nie tylko mój problem, bo relaksować się nie jest tak łatwo, szczegónie w tak szalonym mieście jak Londyn. I z takimi głowami jak nasze. Bo siadam, a tu brudno. Bo zaczynam czytać, a tu wpadnie coś do głowy i szybko trzeba zanotować. Bo to i tamto i wychodzi na to, że to relaksowanie to bardzo męcząca czynność.

Uczę sie tego dalej, ale zauważyłam też, że aktywność fizyczna jest czymś wprost genialnym. Dla mnie szczególnie joga, bo im głębiej w nią wchodzisz, tym bardziej jest to nie tylko rozciąganiem ciała, ale też praktyką medytacyjną. Do tego oczywiście codzienna medytacja, nawet słuchanie swojego głębokiego oddechu przez dziesięć minut jest czymś niezwykłym.

Polecam spróbować, usiąć wygodnie na podłodze lub krześle i zamknąć oczy. Wsłuchać się w dźwięki nas otaczające, posłuchać oddechu, pozwalać naszym myślom przepływać swobodnie, nie oceniać ich. Kiedy zorientujemy się, że zamiast słuchać, myślimy, warto wrócić do dźwięków, wrócić do stanu obserwacji. Jest to coś niesamowitego, żeby się zatrzymać, żeby byc tu i teraz, gdzie toczy się życie.

Albo czas spędzony z M. na spacerach. One są nasze, chodzimy i eksplorujemy, czy to Hong-Kong czy naszą londyńską dzielnicę. Tego czasu razem wiecznie za mało, ale pracujemy nad tym, żeby nie był to czas zmarnowany.

Znajdzcie czas w życiu na to co dla Was ważne, róbcie jak czujecie i uczcie się być szczęśliwymi tu i teraz. Wszystkim nam tego życzę!