Siadam do pustek kartki papieru, albo pochylam się nad klawiaturą i się zastanawiam, kiedy urośnie mi garb. Przez te wieki jakie będę nad nią ślęczeć to na pewno. Jak pisać, kiedy się nie może, kiedy chce się tyle przekazać, ale tematy nie przechodzą przez palce, zatrzymują się w głowie i odbijają jak metalowe kulki doprowadzając do szału.

Moja krótka historia pisania zaczęła się od nagrywanych historyjek na taśmie magnetofonowej, które potem namiętnie obkręcałam wokół własnej osi. Wszystkie brzmiały mniej więcej tak: Była sobie < imię> i koniec bajki. Talentem nie grzeszyłam, choć potrafiłam zakończyć, a to też sztuka.

I z tego wszystkiego wybrałam się na dziennikarstwo, tylko pomyliły mi się języki i pojawiła frustracja. Bo do Anglii wyjechałam zaraz po maturze, a kiedy na pierwszych zajęciach z krótkich form pierwsze co usłyszałam to wyciągnijcie zeszyty, zaczniemy od ćwiczenia – napiszcie krótkie opowiadanie na wylosowany temat. Zastygłam.

To ja mam pisać już, od razu, tak zaraz. Przecież macie mnie nauczyć. Gdzie mój słownik. Nie znam połowy słówek po angielsku, które mam w głowie. Co ja napiszę, przecież to będzie brzmiało jak historyjka dla dziecka małego jakiegoś.

Studia skończyłam, poszłam na następne. Postawiłam na kulturę wizualną, filmy się ogląda. Nie pisałam niczego przez parę dobrych lat. A szkoda.

Lekcji z pierwszych zajęć, tak traumatycznych, które pamiętam do dzisiaj, za to nie zapomnę – nie nauczysz się pisać, jak nie będziesz pisać. Jak w każdej dziedzinie sztuki 99% to ćwiczenie, 1% to talent.

Tak jak opowiadała mi Nieśmigielska w naszej rozmowie, żeby robić dobre zdjęcia trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć i robić więcej zdjęć. Tak samo jest z pisaniem, tak samo jest ze wszystkim….

Dlatego w czasach kryzysu, kiedy nie umiem pisać, kiedy nie mogę nic sensownego sklecić, piszę bez sensu.

Pomagają bodźce wizualne, w moim przypadku szczególnie zdjęcia jeśli opisuję jakąś podróż. Wpadają wtedy do głowy historie. Łatwiej wrócić wspomnieniami do tych chwil, przypomnieć sobie emocje i odczucia sensoryczne. Wrócić na te ulice, po których włóczyłam się późnym wieczorem.

Ale nie ukrywam, że czasem dobrze zrobić sobie przerwę. Zająć się czymś innym, wyczekać cierpliwie, rozstać się na chwilę z językiem, odejść w odmęty innych bodźców. I tekst popłynie sam. W swoim czasie.

 

  • Kiedy nie idzie mi pisanie to po prostu nie piszę, robię przerwę. Chyba, że jestem w jakiś sposób zdeterminowany to wtedy próbuję to ugryźć jakoś z drugiej strony i zacząć pisać. Choć wcale nie jest to łatwe.

    • Aga

      Oj nie jest, coś o tym wiem haha. Myślę, że przerwa jest najlepszym wyjściem, jeśli oczywiście można sobie na nią pozwolić 😉

  • uwielbiam te momenty, gdy tekst nagle sam przychodzi do głowy – zazwyczaj tak mam, gdy obrabiam zdjęcia o konkretnej tematyce i wtedy w głowie prawie zawsze pojawia mi się myśl przewodnia, która będzie towarzyszyć danej notce. niestety, takie sytuacje za często się nie zdarzają… pozdrawiam znad rzeźbienia kolejnego posta!

    • Aga

      Zdjęcia mi też niesamowicie pomagają! Powodzenia kochana 🙂

  • Ja też często sobie robię przerwy w takiej sytuacji, ale trochę obawiam się tego niepisania. Ciężko mi się wraca po przerwie i obaw jakby więcej. Dochodzę do wniosku, że jednak pisanie bez sensu jest lepsze. Co ciekawe lepiej pisze mi się wtedy piórem na papierze niż na klawiaturze. Może dlatego, że gdzieś głęboko mam świadomość, że w tym bezsensie jednak skrywa się sens?

    • Aga

      O widzisz, mi kiedyś też się lepiej pisało na papierze, ale ze smutkiem muszę się przyznać, że teraz łatwiej i szybciej mi idzie na kompie. Jestem też wzrokowcem, nie ogarniam kartki papieru, którą przekreśliłam pięć razy. Eh, dokładnie, nawet w pozornym bezsensownym pisaniu kryje się sens <3

  • Dopadł mnie właśnie kryzys i nic nie mogę sensownego skręcić, pogoda nie sprzyja, dzidzia w brzuszku rośnie i… Mam dość… Może spróbuję ze zdjęciami, dziękuję

    • Aga

      Kryzys to część procesu twórczego! Mam nadzieję, że się coś ruszyło, nie dzidzia w brzuszku <3