Patrzę na zdjęcia i nie mogę uwierzyć, że prażyłam się na Ko Tao przez parę tygodni. W tajlandzkim słońcu. Gdzie ta opalenizna się podziała, powinna zostać permanentnie na mojej skórze po takim wygrzewaniu… A jestem biała jak ściana, Londyńskie słońce nie działa.

Ko Tao to jedna z tych oklepanych wysp w Tajlandii, najmniejsza siostra Ko Samui i Ko Phangan, raj z pocztówek, gdzie dogadasz się po angielsku, zjesz fasolkę z bekonem na śniadanie i poczujesz się jak w prowincjonalnej Wielkiej Brytanii po globalnym ociepleniu. Więc po co tam pojechaliśmy?

Krótka odpowiedź jest taka, że kurs nurkowania kosztuje tam trzy razy mniej niż wszędzie indziej, a M. bardzo chciał go zrobić.  A dłuższa, że jeździliśmy po kontynencie azjatyckim przez półtorej miesiąca i nam się zachciało wysokiej temperatury w połączeniu z wodą (owszem w Bangkoku prysznic był lodowaty, ale to nie to samo) i pocztówkowego raju. Żeby zobaczyć na własnej skórze jak jest w tajlandzkim kurorcie, w metaforycznym sensie.

Z Bangkoku dojechaliśmy zielonym pociągiem, na mojej kuszetce klasy extra (bo większość pociągu spała na siedząco przez 12 godzin) zawinęłam się szczelnie w lniany wkład do śpiwora w nadziei, że nie najdzie mnie kolega karaluch. Imprezowały sobie w pociągu i trudno było coś z tym zrobić. A ja się boję pijanego robactwa.

Po zmroku czułam się w tym pociągu surrealistycznie, zielone zasłony wywiewało na wszystkie strony dzięki nowoczesnej klimie w postaci turbo drucianych wiatraków. Wlekliśmy się kilometrami, nie mogłam spać a wiatraki buczały nad głowami.

pociag z Bangkoku

Dojechaliśmy półprzytomni, ze stacji pociągów autobus na przystań i wielką łódką dopłynęliśmy na Ko Tao. Nawet wiedzieliśmy, gdzie idziemy, co dla nas było niezwykle rzadkie, bo najczęściej to się dopiero chodziło po miasteczku w poszukiwaniu miejsca do spania, a tu pierwszy raz inaczej. M. postanowił nurkować, udało nam się dostać za dopłatą pokój dwuosobowy i na 5 dni mieliśmy nasze pierwsze mieszkanko na wyspie.

Chciałam sprostować, że ja nie nurkowałam. Moje zatoki, tak wiem powtarzam to w kółko, by chyba eksplodowały pod wodą. Wystarczy mi wrażeń, kiedy latam. Za to miałam 5 dni dla siebie, kiedy M. wystawał z wody w pierwszy dzień i żeby się zanurzyć kucał, bo byli na takiej płytkiej wodzie. No ale wiadomo, jakoś się trzeba nauczyć. Potem to już im lepiej szło, nawet okulary przeciwsłoneczne zakładali pod wodą. Szkoła nazywała się Big Blue Diving jakby ktoś szukał czegoś dla siebie.

nurkowanie na ko taonurkowanie na ko taonurkowanie na ko taonurkowanie na ko taonurkowanie na ko taonurkowanie na ko taonurkowanie na ko tao

Żeby nie być gorsza kupiłam sobie rurkę z maską (z kremem też). Trochę mi zajęło, żeby pokonać strach przed uduszeniem się pod wodą, ale jak parę metrów od brzegu moim oczom ukazała się rafa koralowa to zapomniałam, że miałam jakiś problem z oddychaniem. 

Jak się podróżuje w kółko razem i jest się 24 h na dobę na siebie skazanym, takie pięć dni samemu jest interesującym przeżyciem.

Ominęły mnie wszystkie frajdy nurkowania z butlą w Tajlandii, ale za to wybrałam się na pieszą wycieczkę w ramach eksploracji wyspy. Myślałam, że mi mózg wypali, albo resztki tego co zostało, bo nie wiem jak mi do głowy przyszło łażenie w takim skwarze, w którym ciężko nawet było oddychać.

Przeszłam całe miasteczko i oczywiście droga zaczęła się piąć do góry, no bo jak inaczej. Myślałam, że doszłam na koniec wyspy, skończyły się domy i tylko raz na jakiś czas jakiś kurort się wyłonił bliżej morza. Zaczęłam się bać, kiedy droga zamiast na plaże prowadziła głębiej w dżunglę i zawróciłam. Dobrze, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można mieć miłe spotkanie z gigantyczną smoko-podobną jaszczurką, która przebiegła nam drogę tydzień później.

plaza na ko taoplaza na ko tao

ko tao

ko tao

Ko Tao. Zachody słońca i nurkowanie na tajlandzkiej wyspie.

ko taoKo Tao. Zachody słońca i nurkowanie na tajlandzkiej wyspie.

ko tao

ko tao

Po mieszkaniu przy szkole nurkowej przenosiliśmy się jeszcze dwa razy. Parę kroków dalej. Z prozaicznego powodu. Im dalej od plaży tym taniej na Ko Tao. Tajlandzka wyspa rządziła się prawami kapitalizmu w czystej postaci. Pierwszy pokój był gigantycznym apartamentem w starym budynku, który swoje lata świetności przeżył 20 lat temu. Źle nam tam było, dziwnie w pustym budynku. Wynieśliśmy się po pierwszej nocy do czegoś w rodzaju bloku mieszkalnego. I to tam spędziliśmy kolejne parę tygodni.

Mieliśmy nawet jaszczurkę w łazience. Dobrze, że taką małą. Je lubię. I francuską telewizję, mogłam trochę poudawać, że się uczę. I to właśnie na ten pokój przypadło moje zatrucie, jedyne podczas trzech miesięcy w podróży na brytyjskiej wyspie.

Widzicie, wszyscy powtarzali, nie jedzcie świeżych warzyw, nimi najłatwiej się zatruć. Pewnego wieczoru zaszaleliśmy. Poszliśmy na sałatkę i kanapkę. Bardzo lubię azjatyckie jedzenie, do dzisiaj dominuje w naszej kuchni, ale człowiek czasem tęskni do chleba i sera i pomidorów. No i było pyszne. Tylko co z tego, wypaliło mi brzuch. Dopiero na drugi dzień. M. pocierpiał dzień, dwa i tyle. Ja myślałam, że ktoś przypala mi żołądek i ani w jedną, ani drugą bez szczegółów.

Poszliśmy nawet do doktora, pewnie, że jest klinika dla białasów. Dostałam coś do łykania. Najgorsze było to, że nadal łykaliśmy tabsy na malarię, bo je trzeba było brać do iluś tam tygodni po wyjeździe ze strefy z malarii i to właśnie co wieczorny rytuał sprawiał mi najwięcej problemu. Jakbym przełykała tlący się węgiel. Po tygodniu było lepiej, dieta z ryżu i rosołku z gotowanym kurczakiem sprawdziła się.

A na plaży wieczorami….

…tyle kolorów, świateł i cieni. Teatr wieczorny. Plaża zamieniała się w jedną wielką imprezę, ludzie puszczali zakazane chińskie lampiony, odważni kręcili ogniem. Z entuzjazmem sprawdzaliśmy ile zostało nam z naszego dziennego budżetu (z entuzjazmem, bo zostawało ku naszemu zdziwieniu) i chodziliśmy próbować nowych smaków do pobliskich barów na wszelki wypadek zapijając koktajlami. 

I tak nam minął czas na Ko Tao. Tajlandzka wyspa, mimo, że w jakim sensie mało lokalna, bo buszowały po niej tłumy turystów, była miejscami jak z pocztówki.

Jak się wybieracie nurkować na Ko Tao i szukacie noclegu, to niezła selekcja jest dostępna TUTAJ.

Ko Tao

  • Też byliśmy na Ko Tao całkiem niedawno i opalenizna już zniknęła i mój chłopak robił kurs a ja nie 😉 Przy czym ja już mam pozwolenie od kilku lat – dlatego nie robiłam z nim i nurkowałam osobno, głębiej. My niestety mieliśmy pecha i byliśmy na tej pięknej wyspie 5 dni, z czego chyba 2 czy 3 padało. Ładnie i b.ciepło było tylko jedną dobę. Wy widzę mieliście piękną pogodę (super zdjęcia, szczególnie zachodu słońca). Ajjj wróciłabym tam. W Norwegii tak mi zimno. Pamiętam jeszcze, że na Ko Tao jest miejsce gdzie płaci się raz i można jeść ile się chce pizzy – to tak jakby ktoś miał dość azjatyckiej kuchni. A w ogóle myślicie, że warto brać Malarone? My byliśmy 5-6 miesięcy w Azji i olaliśmy, bo nasłuchaliśmy się o tylu szkodliwych działaniach, że nie wiem czy więcej złego ten lek nie robi…

    • Aga

      Ja jestem zwolennikiem brania tabletek na malarię. Choć jak byliśmy w dżungli w Laosie to byliśmy 3 z 10,którzy brali,niektórzy mieli w plecaku, niektórzy nie… Znam dwie osoby z malarią, mają szczęście, że nie tą śmiertelną. Ale też ktoś umarł na malarię (turysta) jak byliśmy w Laosie… A też nic nam specjalnie po tych tabsach nie było, więc ja jestem zwolennikiem osobiście i uważam, że jak się wjeżdża w strefę, gdzie jest jakieś zagrożenie to trzeba docenić, że ma się dostęp do tych leków. Nie tak jak niektórzy . Ale kończąc to marudzenie o tabsach – ale śmiesznie! Taaak, pizzę pamiętam 🙂 i rosyjską restaurację, gdzie wyladowalismy na sylwestra. Też mi się chce wracać, szczególnie, że teraz wracam z przystanku do domu i mam czapkę na głowie . Buziaki

  • Eh, te nocne pociągi. Kiedyś wypróbowałam na Ukrainie, potem w Rumunii – miałam podobne doświadczenia do Waszych. Półprzytomna, gorąco że niech to szlag. Kiedyś spróbuję kursu nurkowania. Też sie boję braku powietrza pod wodą. Ale kilka dni temu spróbowałam snorkelingu i tak jak piszesz – widzisz tą rafę i kolorowe rybki i nagle wszystko jest ok 😀 Fajny post wspomnieniowy. Czasami warto pobyć w raju. Pozdrowienia z raju zwanego wyspą Palawan, Filipiny.