Zaczęło się w Nazare…

Co za dzień, a w sumie dwa. Byliśmy w Nazare pogapić się w ocean, z surfa były nici, bo zrobiło się płasko, dzień po największych falach w sezonie.

Na śniadanie poszliśmy na samą plażę, no może dwa kroki przed. Przed nami jak na złość ustawiły się dwie urocze panie z drobnymi plecaczkami i spódnicami do kolan. Różniły je wiek i kolor rajstop. Stały przed dwoma wózkami z ulotkami o lepszym życiu. Przy stoliku obok usiadła Polka z pieskiem, który przed chwilą zaliczył kąpiel w oceanie.

W kawiarni nie można było płacić kartą, a my tacy nowocześni, czytaj ciagle zapominamy nosić gotówki. Młody chłopak za ladą wskazał mi bankomat koło znaku stop, jakieś 500 metrów od kawiarni, więc poszłam i jak na złość zepsuty.

Większa akcja się z tego zrobiła, wymyśliłam, że zapytam w restauracji obok czy nie mogą mnie skasować na 20 euro i mi to oddać w gotówce, ale niestety moje kreatywne pomysły nie zawsze sprawdzają się w takich sytuacjach i zostałam wysłana na inną ulicę. Miało być pod górę i w lewo, ale tam jak na złość same sklepy, zero banków, które miały tam być.

Portugalski opanowałam dobrze na zamawianie ciastek i kawy, moje próby porozumienia się na temat bankomatu spełzły na niczym. Apteka! Wchodzę, wczoraj byliśmy w innej i świetnie mówili po angielsku, jest nadzieja. Zostałam pokierowana dalej, weszłam w złą ulicę. Do kawiarnii wróciłam z 20 minut później, M zajęty Twitterem zdawał się nie zauważyć mojej długiej nieobecności.

Ciąg dalszy w Lizbonie…

W oastatnią noc w Lizbonie mieliśmy spać w Come Inn Lisbon, według mojego kalendarza. Rezerwowałam noclegi na całą naszą podróż i zwykle sprawdzam recenzje. Pamietam, że szukałam tego ostatniego noclegu na szybko i musiałam zarezerwować coś, czego normalnie bym nie zarezerwowała ze względu na niską ocenę na booking.com. Albo się pomyliłam, nie wiem. No cóż, każdy popełnia błędy. Nasz się zakończył biegiem z walizkami do innego hotelu po nocy… Ale od początku.

Ten pierwszy hotel trudno było zlokalizować. Jak już znaleźliśmy kamienice, zastanawiałam się czy klatka schodowa się pod ciężarem walizek zawali, pocieszając się myślą, że przecież sam hotel nie może być taki zły.

Czekałam na nasz pokój z łazienką i ciepły prysznic. Wspięliśmy się na piętro, nic się nie zawaliło. Hotel znajdował się w jednym Z mieszkań, recepcja na końcu korytarza na środku rozgrzebanego remontu.

Okazało się, że nasz pokój z łazienką jest zajęty – teraz myślę, że tam w ogóle nie ma pokoju z łazienką, ale za to obiecano nam ładny pokój z balkonikiem za 2/3 ceny. Człowiek głupi, mówi się wtedy nie i wychodzi, ale to działa, bo bierze z zaskoczenia.

Pokój przypominał mi takie, co mieliśmy czasem w Azji, drzwi się nie domykały i przez szparę na górze można było włożyć rękę i pomachać ludziom na korytarzu. Ale wiecie jak to jest. Rzuciliśmy okiem bez zachwytu, bagaże na podłogę i poszliśmy na miasto myśląc w końcu już zapłaciliśmy, to tylko jedna noc, damy radę.

Wracając marzyłam o łóżku. Ale przebierając się w ciuchy do spania odkryłam, że dostaliśmy tylko koc bez poszewki i odechciało mi się wszystkiego. Na dodatek na poduszce odkryłam wyblakłe czerwone kropi – jakby spraną krew, od razu pomyślałam o pluskwach, bo w Azji się naczytałam. Wyobraźnia zaczęła działać, granica tolerancji została przekroczona. Recepcja była tylko do 21.00 według informacji na piętrze, dlatego nawet nie było mowy o jakiś kombinacjach z poszewkami.

Komórki poszły w ruch. Znalazłam obok inny hotel z najwyższą oceną jaką się dało, spakowaliśmy się i z płaszczem na piżamie złapaliśmy walizki i wyszliśmy z pokoju.

Zapomniałam wspomnieć, na korytarzu było głośno, przez tą szparę. Zastanawiałam się jaką scenę zrobimy tak wychodząc późno, ale kogo to powinno obchodzić z gości. Na klatce dogonił nas koleś z recepcji w szarej piżamie. Wyjeżdżacie, zdziwiony krzyknął ze szczytu schodów. My byliśmy już tak w połowie. Tak, powiedziałam, nie mamy czystej pościeli i nie chcemy tu spać i wyszliśmy. Ja już miałam dosyć, on rzucił Ok. Co miał powiedzieć. Dziwna to była sytuacja. Rozmowa, którą słyszeliśmy przez szparę ucichła.

Drugi hotel na szczęście nie był daleko, dosłownie 2 minuty piechotą. Jak się ucieszyłam widząc czystą pościel i ładną łazienkę. Zasnęłam.

Perypetie z walizką…

Samolot miałam o 18, M leciał rano. Nie chciałam chodzić cały dzień z walizką, więc poprosiłam w hotelu, czy mogę ją zostawić tam na przechowanie. Umówiliśmy się, że wrócę po 15.

Wracałam na nogach do hotelu, kiedy wysiadła mi komórka. Plan B to było metro, bez komórki mogłam się zgubić, stacje metram znam. Dotarłam do hotelu, dzwonię domofonem – nikt nie odbiera. Recepcja niby 24h na dobę, ale pewnie w zależności od rezerwacji. Znowu pech, nikogo nie ma, a ja nie mam telefonu.

Było tak: kawiarnia, szukanie kontaktu, espresso, brak drobnych, szukanie bankomatu, ładowanie komórki. W końcu się do kobiety z hotelu dodzwoniłam, myśląc, że cholera, ja już powinnam być w drodze na lotnisko. O matko, zapomniałam, powiedziała kobieta, pojechałam coś zjeść, bo goście później przyjeżdzają. Będę za pół godziny, jak najszybciej. Co miałam zrobić, czekałam.

Przyjechała taksówką, którą ja też miałam wziąć prosto na lotnisko. Na szczęście nie byłam tak daleko. Drobny pan taksówkarz miał około 50 lat i był wielkim fanem heavy metalu. To była najszybsza jazda na lotnisko w moim życiu.

Kronika przypadków portugalskich