W drodze na lotnisko

Taksówkarzowi w drodze na lotnisko buzia się nie zamykała. Ciekawe rzeczy opowiadał. Był gentelmenem, nie to, co ten poprzedni, który zainstalował tableta na prawo od kierownicy i w trakcie jazdy oglądał klipy. Polski hip-hop, chyba, taki z blokowiska. Weszliśmy w pół piosenki, o tym, że trzeba szanować swoją żonę, bo to nie prostytutka i jej płacić nie trzeba, ale też zostanie przy tobie nawet bez pieniędzy i w chorobie. Kolejna była już wulgarna i nie będę jej tu streszczać.

Pan K. w samochodzie muzyki nie słuchał, opowiadał za to dużo, o swoich klientach z sylwestra. Stali tacy na zimnie i się zlitował. Trójkę wpuścił do samochodu, mimo, że działa na telefon z centrali. Wiedział, że sobie poczekają, jeśli ich nie zabierze. Już po paru minutach najchętniej by zawrócił i zostawił delikwenta, tam skąd do wziął. Gdyby nie panie z tyłu, tak bym zrobił, tłumaczył. Otóż nowy pasażer zaczął się awanturować, że auto za stare, że mu się nie podoba i że jak to tak może być, kiedy on płaci i wymaga. Pan K. już na emeryturze, dorabia sobie tylko. Takich pasażerów nie lubi wozić.

W przeszłości pracował jako szef firmy konwoju pieniędzy. Zrezygnował przez stres. Po mieście latało 50-ciu przypadkowych ludzi z bronią, za których on był odpowiedzialny. Wiadomo, ludzi sprawdzamy, ale to za mało. Firma w nosie miała wymogi bezpieczeństwa. Nie chciał podpaść pod prokuratora. Odszedł.

Do trzech razy sztuka

Trzy razy w życiu ratował topielców. Mały chłopiec wpadł do wody, udało mu się go z niej wyciągnąć. W karetce nawet rozmawiał z lekarzem, wyglądał dobrze, widziałem, mówi. W szpitalu już nie żył. Co się stało, nie wie. To w głębokiej komunie, mówi, nie było kogo zapytać.

Później w lecie na małym molo nad jeziorem podeszła do niego kobieta. Pan wie, widziałam takiego jednego, wszedł do wody i nigdy się nie wynurzył. Obserwowałam, bo mi się podobał. Kiedy go znalazł całe jezioro w panice wyskoczyło z wody. Niestety nie zdążył.

Raz miał więcej szczęścia. W sumie nie on, tylko ta dziewczyna. Poszła się obmyć w jeziorze. Z tyłu nie było nic widać, tylko te włosy tak się nienaturalnie unosiły na wodzie. I coś go tknęło. Za te włosy zaciągnął ją na brzeg. W końcu udało mu się kogoś uratować.

***

Słuchamy jego głębokiego głosu, a za oknem coraz szybciej przewija się Kraków.