Kronika przypadków portugalskich

Było tak. Prawie nie pojechaliśmy, bo zgubiłam dowód. Wieczorna rozmowa, pamiętam, że marudziam, że nie chce mi się pakować. Kończy się na stercie ciuchów i odrzucaniu ich jeden po drugim, bo przecież i tak nie ubiorę pięciu sukienek. Po ostatnim dźwiganiu plecaka, M. odmówił noszenia moich rzeczy, jeśli spakuję więcej niż potrzebuję. O ironio, im więcej mam, tym więcej pakuję. W Azji nie miałam takiego problemu, 3 miesiące na minimalistycznej szafie złożonej z 8 części garderoby. Co najmniej jakbym się naczytała takich blogów, których istnienia wtedy nie znałam. Ach, słodkie czasy nieświadomości. Wychodzę w piątek z pracy, spokojna. Przypominam sobie co M. powiedział próbując mnie uspokoić w trakcie pakowania, kiedy przerzucałam ubrania – Ty się nie martw, weź dowód, reszty tak naprawdę nie potrzebujesz. No i stoję przed pracą i coś mnie naszło. Zamiast spieszyć się na pociąg zaczęłam grzebać w plecaku i sprawdzać, co ja tam właściwie mam. Ale, że plecak bez dna, skończyło się na tym, że weszłam do pierwszej lepszej kawiarnii na Soho i rozwaliłam się z tym wszystkim na stoliku. Nie, żeby to był pierwszy raz. Otwieram portfel, morze paragonów, kart, ale dowodu nie ma. Patrzę jeszcze raz, jakbym rozdawała karty. Tylko gram sama z sobą, i … Czytaj dalej Kronika przypadków portugalskich