Wszystko zaczęło się gdzieś na południu Chin. W wielkim mieście pełnym taksówek i spoconych ludzi. Wysiedliśmy z autobusu po całonocnej jeździe i na pieszo, klucząc wśród zakurzonych ulic szukaliśmy noclegu.

To miasto było bardziej tajskie niż chińskie, przystanek na drodze do upragnionego Laosu, z dala od miliona charczących ludzi i smrodu sfermentowanego tofu.

Z hostelu pamiętam suszarkę i parę stolików z odrapanym lakierem ustawionych na zewnątrz. To była nasza ostatnia noc w Chinach, po miesiącu włóczęgi od Pekinu na południe w dół, aż do granicy. Jeszcze mieliśmy wrócić na wschodnie wybrzeże, ale dopiero dwa miesiące później. Teraz był czas na Laos.

W autobusie poznaliśmy grupę przypadkowych podróżników, z którymi spędziliśmy kolejny tydzień. Parę Holendrów, która sprzedała samochód i wyruszyła w podróż życia, Jeff’a, który najpierw stracił pracę w jednej z największych korporacji amerykańskich, a później rzucił kolejną i wyjechał na dwa lata zwiedzać świat, Australijkę lubiącą Marmite i Włocha pracującego jako przewodnik górski w Nepalu. Wszyscy czuliśmy tak samo. Laos, ulga, zieleń, spokój. Uciekamy z Chin!Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

To nie tak, że Chiny nie były fascynujące. Były. Ale nas wszystkich cholernie zmęczyły. Wjechaliśmy do Laosu w poszukiwaniu spokoju, dzikiej dżungli i wytchnienia. Znaleźliśmy niesamowitych ludzi, którzy nam pokazali wycinek tego świata.

W Luang Namtha jest jedna główna ulica…

Dookoła niej rozsypane są hotele, targ i agencje turystyczne, których jak na taką małą mieścinkę jest tam dosyć dużo. Każda oferuje trekking po dżungli. Zbierzesz 6, 8 osób, zabierzemy Cię do raju. Ceny podobne, ludzie podobnie się uśmiechają. Nawet banery podobne. Niektóre wycieczki mniej ekstremalne, inne to parę dni w dżungli i spanie w dziczy. 

Zdecydowaliśmy się na rowery. Padło na tego kto się najładniej do nas uśmiechnął. Dzień pierwszy – ekstremalne rowerowanie z górki bez kasku i zwiedzanie wiosek. My oglądaliśmy ludzi, ludzie oglądali nas. Trudno być turystą, podglądać też trudno. Ale ciekawość jest silniejsza. Oni mają taką grupę ludzi przywożoną co parę dni. Zdążyli się przyzwyczaić. Dla nas to był pierwszy raz. 

Wioski mają umowę z przewodnikami, którzy najczęściej zabierają wycieczki do swojej lub zaprzyjaźnionej wioski, dzielą się częścią pieniędzy i zachęcają do kupowania przyborów do szkoły. Ten układ powodował, że zwiedzało się lżej. Wychodziło się mentalnie z ludzkiego zoo.
Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Małe szczeniaki i świnki latały po wiosce rozszalałe w zabawie. My dostaliśmy rowery, żeby pokonać paro-godzinną trasę do miejsca, gdzie wejdziemy do dżungli. Zjeżdżam rowerem po piaskowej stromej drodze i zastanawiam się jak najlepiej upadać. Przede mną widzę jak znajoma z Izraela koziołkuje i upada na kolano. Mimo, że parę lat młodsza, nie wygląda. Niedawno wyszła z obowiązkowej armii izraelskiej. Widzę jak wstaje, kolano krwawi. Wsiada na rower i odjeżdża zanim zdążę do niej dojechać.Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Jedną z atrakcji była jaskinia. Weszliśmy do niej pojedynczo mrużąc oczy. Po chwili, kiedy ciemność przestała razić, światło z czołówek wypełniło wielką skalną komnatę. Robiła wrażenie. Kluczyliśmy korytarzami przez chwilę, nawet zrobiło mi się słabo, zastanawiałam się czy to pierwsze zatrucie czy brak tlenu.Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Na dworze zaczynało zmierzchać. Zatrzymaliśmy się w małej wiosce. Domy stały na drewnianych palach. Po dworze latały małe czarne świnki. W sklepie przy drodze zauważyłam podpaski, zdziwiłam się. Umyliśmy się w rzece, biali turyści wystawiali swoje blade ciała na laotańskie powietrze. 

Przydzielono nas czwórkami do rodzin. Nasza, kiedy weszliśmy do izby oglądała Rockiego na ich małym, ziarnistym telewizorze. Dzieci i dorośli, około dziesięciu osób siedziało wlepionych w ekran, tylko rzucili na nas szybkie spojrzenie i wskazali nam miejsce do spania za kotarą. Na podłodze ułożone były koce, z sufitu zwisała moskitiera. Koguty powariowały, piały cały wieczór.

Luang Namtha. Wyprawa przez dżunglę

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Wyprawa przez Laos

Nie obyło się też bez alkoholu. Ryżowe wino miało moc, która malała wraz z kolejną dolewką wody. Sfermentowany ryż miał słodkawy posmak, rurki upchnięte aż do samego dna pompowały napój prosto do ust. Zostaliśmy oficjalnie powitani.

Luang Namtha. Laos

Przez kolejne dwa dni była tylko dżungla. Podczas wędrówki jedliśmy to co nasi przewodnicy znaleźli. To była uczta mojego życia na wielkich liściach bananowym. W Laosie pierwszy raz doświadczyłam prawdziwej dżungli, cokolwiek to znaczy. Pijawki przyklejały się do nóg. Na szczęście nie moich.

Pod wieczór dotarliśmy do małej chatki, mniemam, że postawionej tam wyłącznie w celach turystycznych. Żebyśmy nie spali pod namiotami, których przecież nie nieśliśmy. 

Wieczorne ognisko pachniało bambusem. Ryż gotował się w jednym z konarów. Tzw.sticky rice (klejący się ryż) jest ich specjalnością. Mogłam go jeść jak czekoladę. Nie obyło się bez lao lao, ichniej whisky i przykrej niespodzianki, kiedy pewna, że podnoszę butelkę wody do buzi, wykrztusiłam alkohol nosem.

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

Obudziłam się w nocy, chciało mi się siku. Ale wychodzić z bezpiecznej moskitiery już mi się nie chciało. Chcąc nie chcą, powlokłam się z latarką na dwór, gdzie aż huczało. Wszystkie możliwe zwierzęta dżungli wydawały jakiś odgłos. Tworzyły harmonijną orkiestrę. Nie pasowałam tylko ja.

W drewnianej latrynie nie mogłam się przestać patrzyć pod nogi, ze strachu, że mnie coś zaraz w tyłek ugryzie. Ugryzło mnie, ale w powiekę. Dowiedziałam się o tym rano, kiedy moją pierwszą myślą było, że oślepłam na jedno oko, drugą, żeby obudzić M. Wyglądałam jakby mi je ktoś w tej latrynie podbił, tylko siniaka brak. Moja alergia na dżunglę się odezwała, nafaszerowałam się wapnem i do wieczora mi na szczęście ta opuchlizna zeszła.

Laos to też kraj kawy. Uprawiają tam robustę i arabikę; Laos jest uważany za stolicę Azji Południowej pod tym względem, choć większość tej pierwszej kawy jest eksportowana do Tajlandii, gdzie przejmuje ją koncern Nescafe. Tradycyjnie pije się ją ze skondensowanym mlekiem, które cukruje się na dnie. Dostaliśmy taką na śniadanie.
Luang Namtha. Laos

Luang Namtha. Laos

To była nasza pierwsza zorganizowana wycieczka w czasie tej podróży, ale naprawdę było warto, choć zazwyczaj stronimy od wszystkiego „zorganizowanego”. Sami byśmy tego wszystkiego nie doświadczyli, nie od tej strony, nie razem z ludźmi, którzy rozumieją ten kraj i chętnie o tym opowiadają.

Luang Namtha. Laos

  • Cudowne zdjęcia! Z chęcią sama wybrałabym się na taką wyprawę.

    • Aga

      Dziękuję 🙂 Ja też jeszcze raz haha 🙂

  • sekulada.com

    Jestem pełen mieszanych uczuć oglądając zdjęcia. Niby ciekawe przeżycia, ale te dzieciaczki za płotkiem z badyli wyglądają niewesoło. Zapewne ciekawość ciągnie ludzi w takie rejony, ja sam raczej bym się tam nigdy nie wybrał. Taka dzicz to nie moja bajka, acz jestem pełen podziwu dla ludzi którzy to robią 🙂

    • Aga

      Jasne, sama tą kwestię wielokrotnie poruszam. Rozmawialiśmy o tym z naszymi przewodnikami, którzy są lokalnymi. Zamiast wybrać jakąś wielką firmę, która organizuje wycieczki, lepiej właśnie wziąć kogoś lokalnego, któremu leży na sercu społeczność. Samemu do takiej wioski się nie wejdzie, albo się wejdzie, ale to tak jakby człowiek wszedł na czyjeś podwórko. Oni mają umowę, przewodnik przyprowadza małe grupki turystów, oni dostają rzeczy do szkoły i jakieś tam pieniądze.

      To odwieczny problem turystyki, lepiej w ogóle tam się nie pchać, nigdzie się nie pchać, ale jednak milion podróżników jedzie i podróżuje po świecie. Dylemat zwiedzania takich krajów, które nie są rozwinięte. Jeżeli się już człowiek decyduje pojechać to trzeba próbować jak najmniej ingerować, ale też wspierać lokalne społeczności w danych miejscach.

      Nasi przewodnicy (naprawdę byli zajebistymi ludźmi, to było czuć) zachęcili nas do kupienia zeszytów i długopisów do lokalnej szkoły. Do tej wioski weszliśmy w 9 bodajże. Właśnie jeden z nich pracował jako przewodnik, bo uczył się angielskiego, chciał pracować jako nauczyciel. Był dumny ze swojej wioski, to było widać w jego oczach.

      Tak samo ludzie, u których spaliśmy w innej wiosce, w ten sposób dorabiają sobie i oczywiście, wszyscy mieliśmy takie myśli, że najlepiej by było ich tam w spokoju zostawić, mają ekosystem idealny, rzekę, swoje uprawy, domki itd Ale nie oszukujmy się, to nie jest możliwe, Chińczycy zbudowali drogę, otwierają się na świat (kwestie polityczne pomijam) i sami są ciekawi.

      Więc jak pomyślałam o tym, że im by było lepiej bez tego telewizora i bez wycieczek, poczułam się arogancko, kim ja jestem, żeby ‚decydować’ w myślach, wiedzieć co dla nich jest lepsze. Może chcą rozwoju. Może nie wszyscy. Ale właśnie dlatego myślę, że trzeba podróżować z głową, próbować dowiedzieć się jak najwięcej o danym miejscu, nie niszczyć go, szanować ludzi dookoła. A tak na marginesie, dzieci chciały zdjęcia z nami później – białe zoo przyszło 😉

  • e.p

    Wspaniały tekst czuję jakbym tam była ,choć opis w pigułce a ile emocji . Zdjęcia CUDOWNE!!!!!

  • Aga, chyba świetny wybór był z tymi rowerami, co nie? Zazdroszczę tych widoków, no i ogniska pachnącego bambusem (właściwie to właśnie próbuję sobie wyobrazić jak pachnie przypalony bambus 😉 ). Będzie więcej relacji z tej wyprawy?

    • Aga

      Będzie, będzie 🙂 Na początku myślałam, że Laos w 1 poście, ale za dużo się tego zrobiło, więc planuje jeszcze o nim napisać 🙂

    • Aga

      A rowery, no genialny. Ciężko mi było chwilami, ale bardzo przyjemnie się jeździło i podziwiało widoki 🙂

  • Ja mam zawsze mieszane uczucia z oglądaniem wiosek. Bo czuję się – dokładnie tak jak napisałaś – w ludzkim zoo. Laos jest moim wielkim marzeniem. Natomiast będąc w Indiach – nawet na 2 osobowej wycieczce – czułam się fatalnie. Nie wyszliśmy na brzeg praktycznie (łódką przez rozlewiska), a zaglądanie ludziom nawet przepływając sprawiało mi prawie ból. Czy ja chciałabym żeby ktoś zaglądał do mojego domu kiedy robie pranie albo śniadanie? Czy chcę być na czyichś zdjęciach, które ktoś będzie komuś pokazywał ze swoim komentarzem, może zupełnie inaczej interpretując moją minę i czynności. To nie zmienia faktu, że życie w innych krajach ciekawi mnie niesamowicie. I jeśli nie ma się właśnie takiego roku by tam pożyć i zaobserwować samemu, delikatnie, zdobyć zaufanie i pogadać o życiu przy kawie – jest to chyba jedyna droga by uchylić rąbek? p.s. kawa stamtąd jest najlepsza! W Warszawie jest jeden lokal, gdzie serwują obłędną kawę po wietnamsku. Mam tygielek, mam kawę, mam mleko – w domu tak nie smakuje. Pytam o tajemnicę – Pani się śmieje i opowiada, że wujek ze swojej plantacji przesyła 🙂

    • Aga

      Haha no to rzeczywiście trudno zrobić podobną w domu 🙂 To prawda, że najlepiej by było po prostu gdzieś pożyć, zatrzymać się na dłużej poznać z ludźmi itd No ale nie zawsze się da. A co do lokalu w Warszawie, kiedyś chętnie spróbuję 🙂

  • Bardzo miło wyglądający ludzie! To jest moje marzenie od roku, żeby tam pojechać 🙂