Kocham się w autentyczności, swojskości miejsc, które niczego nie udają. Nawet te z pozoru najbardziej kiczowate nabierają wtedy charakteru. Nie starając się wcale, fascynują.

Nie do wszystkich mam wstęp, taki już ich urok. Czasem zbyt ekskluzywne, w sensie społecznym, nie zostawiają miejsca dla ludzi z zewnątrz. Ale do tych, do których wchodzą pojedynczy turyści, wchodzę i ja. To właśnie tam najtrudniej mi robić zdjęcia, gdzie lokalni, nieprzyzwyczajeni do turystów, popijają na spokojnie kawę zagryzając ciastkiem. Dlatego często na moim zdjęciach nie ma ludzi, nie zawsze czuję się komfortowo pstrykać im przed nosem.

M. by się tutaj zaśmiał, ty nie czujesz się komfortowo, przekrzywiłby głowę. Coś w tym jest. Z doświadczenia wiem, że czasem łatwiej zrobić zdjęcia zachowując się tak, jakby to nie było problemem. Kiedy zaczynam się wahać, inni podważają moje prawo do fotografowania, kiedy widać, że jestem pewna tego, że takie zdjęcia to najnaturalniejsza rzecz na świecie, ludzie to wyczuwają i nie ingerują.

Do tej portugalskiej kawiarnii trafiłam przez przypadek po drodze na lotnisko. Z naszego portugalskiego domu można do Lizbony dojechać pociągiem, co znacznie ułatwiło mi życie, bo pojechałam sama, a prowadzić nie umiem. Dojście na dworzec zajęło mi 15 minut, z jednej wioski do drugiej, po wzgórzu w dół. Dwa perony, ale informacja na każdym taka sama. Nie miałam pojęcia, z którego mogę wrócić do Lizbony.

Mała wioska, sama na peronie, nie było nawet z kim na migi pogadać. Wiedziałam, że mam 50 procent szansy wybierając jedną stronę, ale przegapiony samolot nie wchodził w grę. Poszłam na ulicę, szukać kogoś, kto mógłby mi wskazać dobry peron. Znalazłam staruszka w kaloszach z kaszkietem na głowie. Jakoś się dogadaliśmy.

Jechałam naokoło, bo najpierw na północ do Caxarias, żeby później przesiąść się na szybszy pociąg prosto do Lizbony. To właśnie tam trafiłam na kawiarnię z czerwonymi krzesłami i ogromną przestrzenią, która przykuła moją uwagę. Usiadłam tam na kawę i ukochaną pastel de nata, czując ciężar nowych kluczy w torbie.

Czułam się wolna, nieskrępowana pojedynczym sprzeniami w stronę mojego wielkiego plecaka. Słońce grzało przez szyby, a kawa smakowała wyśmienicie. Zresztą w Portugalii o kiepską kawę trudno.