Smażenie pad thai odbywa się głośno, z celebracją. Kobieta w niebieskim fartuchu miesza noodle w woku zamaszyście, właśnie dorzuciła kiełki. Po drugiej stronie jej znajoma myje talerze w misce wody. Pieni się. Kobieta, która przygotowywuje mi jedzenie, właśnie tam poszła po talerz dla mnie. Teraz kroi limonkę. Znowu idzie na drugą stronę ulicy. Po łyżkę. Wraca, nakłada, dopieszcza i stawia mi pad thai pod nosem.

Azja to celebracja ulicy. Chodzę po Bangkoku i się przypatruję jak wygląda lokalne życie. Za dnia i w nocy, kiedy zmienia się oblicze miasta.

Bangkok może przytłaczać. Pochłania wszystkie zmysły. Przed nosem zmieniają się zapachy, błyskają kolory, dudni krzyk i rżenie motorów. Chaos, a w chaosie spokój bycia tu i teraz.

Znacie swój wewnętrzny głos, z którym prowadzicie dialogi, albo się czasem nawet kłócicie kręcąc się w kółko w myślach? Męcząco, tracąc energię, zagłuszając samego siebie.

Nie wiem kto jest autorem tych słów, ale bardzo mi się spodobały: depresja to siedzenie w przeszłości, a nerwica (anxiety) martwienie się o przyszłość. Pomyślcie o tym. Przeszłości nie zmienimy, możemy się za to od niej uwolnić, a stres o to co być może, zabija radość życia. Spokój tkwi w teraźniejszości.

I w bezruchu. Ale wydaje mi się, że nie tylko branym dosłownie. Oczywiście w zgiełk miasta można uciec, albo się zgubić, może on zdominować, o czym wiem po mieszkaniu w Londynie. Jeśli jednak zdołamy się przejść świadomie po ulicach i czerpać z danej chwili, w bezruchu zgubić dialogi w głowie i wsłuchać się w coś głębszego niż nasze lęki, taki spacer stanie się medytacją.

***

Z ciekawostek:

Trafiłam na dwie ciekawe przestrzenie miejskie, Warehouse 30 i the little Factory. W obu znajdziecie kawiarnie, księgarnie, sklepy z hipsterskimi rzeczami i galerie sztuki. Ciekawie zobaczyć takie oblicze miasta, huby, gdzie tętni kreatywność i zaczyna się street art.