Czarna gościła u nas od zawsze. Zabielana przesłodzona bawarka, farbowana cytryną. Na kolację głównie, na pociechę, rozgrzanie, z miodem, z mlekiem skondensowanym, z fusami. Królowa polskich herbat, aż do znudzenia.

Czerwona to moja pierwsza herbaciana namiętność. Piłam ją z czułością  wieczorami, przy biurku, które przysunęłam do okna mimo, że zasłaniało kaloryfer, wdychałam jej opary przed snem i zasypiałam odurzona zapachem brązowej kory, łupin  orzechów i ziemi.

Zielona przyszła później, skrzywiłam się kiedyś na tę  mętną miksturę, w której O. wyczuwała glony. Jednak z czasem weszła mi w krew, zaczęła konkurować z czerwoną, pobudzać. Polyskiwała rybią łusķą, moja licealna bezsenność.

Białą odkryłam przypadkiem na półce wulgarnego supermarketu. Mój eksperyment, smakowy eksces. Zdrada zielonej, do której wróciłam i której pozostałam wierna do dziś.

Przyszedł czas na eksperymenty, wyzbyta młodzieńczej skromności, skaczę z kwiatka na kwiatek, z zioła na zioło, przebieram,  mieszam w swoim wyuzdaniu, fioletowe kwiaty zanurzam w odmętach owoców, górskie badyle wsadzam w subtelne zasuszone liście. Mieszam odczucia, osiągam nowe smaki , wyuzdana  codziennie piję inną herbatę.

herbaty

herbaty