Siedzę przy kuchennym stole. Czuję farbę do włosów. Ma. ugniata ciasto i farbuje się na śliwkę. Mówi, ciekawe kto wymyślił, że je się jajka kurze. I to nie surowe, dodaję z rozmysłem. Pracowałam w kurniku, wiem coś o jajkach, myślę.

To ten moment, ten przebłysk zdziwienia się. Poczucie zgoła dziwne, wyjście poza. Rozpłynięcie się w takim banale jak humus. Zastanowienie się nad rasą ludzką w myśleniu nad jajkiem. Poczucie ciągłości z przodkami. Rozważanie nad człowieczeństwem.

A jak dziwnie jest zobaczyć nas przez pryzmat zwierząt. Kiedy jestem w zoo, nie lubię patrzeć na małpy. Zbyt podobne są do nas, te ręce, biegający wzrok. W Chinach, kiedy wspinaliśmy się na Emeishan w pewnym momencie dopadła nas banda górskich małp. Siedziały sobie rozwalone na barjerkach, nad przepaścią z mgłą i pałaszowały słodycze rozrzucone przez turystów. Ich palce zręcznie otwierały opakowania snickersa, chrupały paluszki w cieniu znaku ‚nie karmić’. Uncanny, cechy obce i dobrze znane w tej dziwnej mieszance.

Jacy my jesteśmy zabawni. Łamiemy się, budujemy sobie szpitale, żeby się w nich składać do kupy, ubezpieczamy swoje ciała na wypadek, gdyby świat szykował na nas pułapkę. Jak zwierzątka mamy swoje prymitywne instynkty, chowamy się przed rażącym światłem, uciekamy, kiedy czujemy zagrożenie.

Chodzimy przez świat indywidualni w cholerę, wyróżniając się na każdym kroku, zapisani w układzie genów, którym niedaleko do gorylich. Mamy te swoje śmieszne zachowania, idziemy przez życie poubierani w kolorowe szmaty, niektóre warte tysiące, choć tak naprawdę przykrywają jedno ciało.

I czujemy się mądrzejsi od innych, czasem głupsi. Jakoś ponadto, kiedy na moment wyjdziemy poza swój indywidualizm, obejrzymy rasę ludzką pod lupą, zobaczymy latające mrówki po ulicach, jeżdżące podziemnymi tunelami. Ulokowane w 40 metrach kwadratowych, udające kogoś kim nie są.

Spójrzcie na nas z góry, to ciekawe doświadczenie. Kto doświadczył, ten wie…