Budzik dzwoni, melodię już znam na pamięć. Wstaję szybko, M. obok nie wykazuje chęci obudzenia się. Idę do kuchni i myślę o czterech rzeczach. O kawie, owsiance, lunchu na dzisiaj i o tym, że najchętniej wróciłabym do łóżka.

 

Kawa parzy się monotonnie, owsianka stygnie w garnku, banany się skończyły, ale za to wygrzebałam z szafki wiórki kokosowe. Tylko M. ich nie lubi. Dosypuję też ostatnio len do owsianki, używam go też do zagęszczania sosów. Cuda robi.

 

Powrót do pokoju. M. śpij jak go zostawiłam. Krzyczę, kawa! To jego budzik. Tylko nie zawsze działa, czasem trzeba dodać inne zmysły. Podstawić mu pod nos. Otwiera oczy, wiem, że mu to chwilę zajmie. Wracam do kuchni, znajduje w zlewie nasze japońskie miseczki w niebieskie kwiatki, w których jedzenie smakuje lepiej, szybko myje ochlapując sobie spodnie od piżamy.

 

Ekspedycja do salonu, wszystko ląduje na stole. Odwracam głowę, M. przy kawie. Spija zapach, żeby się obudzić. Macham ręką, żeby przyszedł, wszystko stygnie. Przynosi kawę i mleko dla mnie. Nalewa jakby robił koktajle.

 

Siedzimy przy oknie, jest słonecznie. Dachy domków angielskich błyszczą w oddali. Z naszego trzeciego piętra mamy całkiem fajny widok.  Zasypuję owsiankę kokosem, robi się bielsza niż była. Popita kawą smakuje jeszcze lepiej. Syci i ociepla. M. je obok, opowiadam mu o nowych zdjęciach, on co ma w planach dzisiaj testować, o rozmowie z C. i trampkach. Słowa lecą między nami, owsianką i kawą. Wiórki unoszą się w powietrzu, czas zastyga.

 

Patrzę na zegarek i sobie uświadamiam, że jeszcze nie jestem ubrana. W łazience zauważam sobie, że zapomniałam o tuszu do rzęs. Póżniej będzie podróż metrem z tłumem Londyńczyków, szybki spacer po Soho, dojście do biura, dzień spędzony z innymi ludźmi. Ale tego śniadania mi nikt nie zabierze.

Zdjęcia z My Place Soho, 21 Berwick Street, London W1F 0PZ