Jedziemy w pastelowy krajobraz. Soczyste, puszczające soki słońce. Wśród pól położonych niedaleko klifów Cape St. Vincent. Samochód praży, wszyscy rozumiemy się bez słów – klima nie wchodzi w grę. Reguluję jakoś, tworzę lekki wiaterek, żeby kierowca nie zasnął. J. na tylnym siedzeniu uderza w struny okulele. Nic tylko wyjść i położyć się na trawie. Zapaść w poduchę zieloności, posmyrać słońcem.

DSC_0653asdf sss DsaSC_0653 DSC_0653ssssssss DSC_06s DSC_06ssssss53

Przystanek pierwszy. Monchique. Małe miasteczko, górskie powietrze. Ulice starych ludzi. Pełni życia, zanoszą się śmiechem głośniej niż ja. Wypijają jedno espresso na godzinę, nawet M. im nie dorównuje. Często gromadzą się w miejscach publicznych, delektują cieniem miejskich skwerów. Spotykani często w słonecznych okularach, mogą poszczycić się butami prosto z vintage sklepów w Londynie. Strzeją się z gracją wystawianą na słońce. Żyją wśród kotów i ruin kamiennych domów. Często więcej w nich życia, niż w nas.

DSC_0659e589ty3iutrygjshfbd3DSC_065skjfhjdfbgjdfb3

DSC_065dddd3wdwdewe DSC_065jkhfjskdvbj3DSC_065dddd3DSC_065eeee3 65432 f3

Przystanek drugi. Wspinamy się po kamiennych schodach. Na budynku powiewa znajoma flaga. Zastyga na zdjęciu M. Zaraz niedaleko kaflowy krzyż. Droga prowadzi nas coraz wyżej, aż do ruiny klasztoru.

PRIVATE. Krzyczy czerwony napis. Na ziemi przed bramą siedzi mężczyzna, pali. Przyglądamy się zaciekawieni, on wstaje, macha do nas ręką i zaprasza do środka. Jestem przeczulona. To po Azji. Wyobrażam sobie… zaryglowane drzwi, cennik na ścianie, albo będą zdzierać ze skóry.

Klasztor to oaza spokoju na drewnianych balach. Wyobrażam sobie jak tu żyli mnisi. Jest cicho, ale przychodzą inni ludzi. Wszyscy krążymy po zrujnowanych salach przywołując duchy przeszłości.hgx6789DSC_065ssss3111DSC_065ssss3e66867uyrw DSC_065309878ydfjh DSC_065akjsdgfjhsdvf3765432345676543 DSC_0653098783qryhvwDSC_06509876543

Przystanek trzeci. Idziemy tam, gdzie iść nie powinniśmy. Kiepski ze mnie przewodnik, pognałam do przodu po korycie rzeki. Każdy niesie swój własny bagaż.

Dźwięki okulele J. rozbrzmiewają po dolinie. Jest zielono i spokojnie.DSC_065345673DSC_0653wwwwDSC_0653kwiat

Przystanek czwarty. Wcześniej pognaliśmy do auta. Zamieniliśmy góry na wybrzeże, trawę na piasek w ustach.

Fale pulsują do oddechu oceanu. M. biegnie do wody. Ja w kapturze, zasłaniam uszy od wiatru. I wdycham sól.
DSC_065eeeeee3432DSC_06555553

DSC_065123

12

lkjhgfdDSCsss_0653

Szybka kawa, tak czarna jak noc, która niedługo zapadnie. Na razie śladu po niej nie ma. Wszystko jest słońcem.09876543sssDSC_0653DSC_065ss3

DSC_0653

Przyświeca nam pełnia. Oświetla niebo lepiej niż niejedna latarnia. Jedziemy rozpalić ognisko.n o p r s

Przystanek piąty w nicości. Zapadamy się w piasku. Pali się kapryśnie, ale to nasz ogień.

Ogrzewamy się ciepłem, zaciągamy dymem, popijamy piwem. Okulele i ocean szumią w uszach.

Zostaniemy dopóki nie dogaśnie. Z piaskiem w butach wrócimy do domu. Przez czerń nad oceanem. Przez spokój dnia, energię księżyca. Wystarczy na kilka tygodni w Londynie.

a b

cefgikj