Trzy miesiące to i trzy mieszkania. Każde na miesiąc, z wyjątkiem tego ostatniego, które myślę, że na najbliższy – dalszy czas pozostanie tym, które nazywam domem. Ma balkon na rzekę i psa, Lunę, z którą epsploruję zakamarki Alfamy.

Stało się to już w sumie naszym wieczornym rytuałem, przychodzę z pracy zmachana wchodzeniem pod górę z St Apolonia. Rzucam plecak w przedpokoju, łapię smycz, kluczę, bez których spacer mógłby zamienić się w całonocą tułaczkę, i idziemy w wąskie uliczki starej portugalskiej dzielnicy. Często dochodzimy do miraduro, jeden mamy pod domem, punkt widokowy na rzekę, choć Luna woli ten dalszy, wiadomo.

Luty. Pierwsze mieszkanie było na Graça, z zapierającym dech w piersiach widokiem na śródmieście, balkonem na 50 osób i brakiem ogrzewania. W łazience przy 13 stopniach na dworze puszczałam gorący prysznic, parę, żeby ogrzać powietrze. Spałam pod trzema warstwami i chodziłam na nogach do pracy gapiąc się na palmy i kaktusy.

Marzec. Rezydencja dla ludzi pracujących dla startupów w samym centrum miasta na Baixa. Wybuchowa mieszanka hotelu i hostelu. Pokój z oknem na ekskluzywny hotel. Trochę nie jak w domu, jak w tymczasowym miejscu, gdzie albo siedzisz zamknięty w pokoju, albo z niego wychodzisz. Tego drugiego robiłam o wiele więcej, bo jak trusia siedzieć nie potrafię. Skupiłam się na lizbońskiem życiu nocnym i zaczęłam pić espresso jak latte.

Kwiecień. Dźwiganie toreb na Alfamę, gdzie nie wszędzie da się wjechać samochodem. Mam swoją własną garderobę i wystarczająco wieszaków na ubrania. Byłam w ikei po pościel i kwiatek. Czuję się jak w domu, gotuję sobie lunche i w słońcu siedzę na balkonie patrząc się na rzekę. Rano idąc do pracy mijam turystów jadących po kostce brukowej walizkami. Fado słyszę z kuchni, nie trzeba nigdzie wychodzić. Rozgaszczam się.