Na razie idzie mi bardzo dobrze. Minęły aż dwa dni. Wczoraj zjadłam omleta z pieczarkami ze słodkimi ziemniakami, dzisiaj marchewkowo-buraczane burgery. Dopóki mogę jeść ser, nic mi nie straszne. Mojemu uzależnieniu od ketchupu też nic nie grozi.

Wczoraj oznajmiłam to w łóżku M. Przechodzę na wegetarianizm, powiedziałam. M. się na mnie popatrzył, ale nic nie powiedział. Wiem, że lubi kotlety mamy. Ja nie robię kotletów, więc nie ma problemu. Niech sam sobie zrobi. Choć dodałam po chwili, wegetarianizm, ale oprócz burgerów. Widziałam w jego wzroku podejrzane rozbawienie.

Stąd okazjonalny. Bo nie jestem w stanie (jeszcze, nie wiem) się temu poddać. Ale mówią, że do celu dochodzi się powoli. No więc nie widzę problemu. Wszystko przez te kurczaki. Wiedziałam, że powinnam mniej siedzieć na internecie. Wyskoczyło nagle na Facebooku i mina mi zrzedła. Malutkie pisklaki traktowano jak ziarna grochu na taśmie fabrycznej. Leciały przyczepione za dziubki, majtając nerwowo całym ciałem. Później im te dziubki przypalono. Wyłączyłam wideo.

Nie jestem z tych, co wierzą, że ludzie powinni być tylko roślinożerni. Łańcuch pokarmowy działa inaczej. Gdyby wszystko odbywało się tak jak powinno, nie miałabym z jedzeniem mięsa problemu. Ale jestem przeciwko niepotrzebnemu cierpieniu. Masowej produkcji cierpienia na światową skalę.

Lokalni farmerzy, którzy hodują trzodę na swojej farmie i traktują zwierzęta z godnością, to inna bajka. Tylko takie mięso kosztuje majątek, ale z drugiej strony może właśnie tyle powinno. Żeby nie był to codzienny posiłek.

Stąd od dziś wszem i wobec ogłaszam, że nie kupuję mięsa. Nie zamówię kurczaka w restauracji, choć te burgery są jeszcze problematyczne. I u mamy zjem jej kotleta. Ale poczynię choć pierwszy krok do tego, żeby tego cierpienia było mniej. Bo jest niedopuszczalne.