W Warszawę wpadliśmy jak śliwka w kompot. Autobusem dojechaliśmy do centrum z lotniska na jeden dzień, dobrze licząc. To już tradycja, choć to raz dopiero drugi, że przed świętami zatrzymujemy się w Warszawie i turystycznie nie zwiedzamy za wiele, za to chodzimy tam gdzie nam się żywnie podoba, i za każdym razem przytakujemy głową z M. tak tutaj w Polsce, może moglibyśmy mieszkać, tak tutaj są fajne knajpy, restauracje, kwitnie kreatywność, ludzie jacyś tacy otwarci. 

I tak łazimy z miejsca na miejsce, czując się swojsko, ale wyobcowanie zarazem i chłoniemy ile się da. W ten dzień wchłonęliśmy wyjątkowo dużo, moja słabość do polskiego pieczywa odezwała się głośno przy pierwszym stoisku podziemnym z drożdżówkami.

Jakby się nad tym zastanowić to krążyliśmy głównie wokół Pałacu Kultury, po orbicie zataczając koślawe koła.W samym pałacu odbywało się akurat mustache yard sale; parę kroków dalej z kolei, w muzeum sztuki współczesnej – premiera najnowszego numeru Zwykle Życie „Kosmos”zz8W kawiarnianej atmosferze przyjemnie było się spotkać z twórcami jednego z moim ulubionych magazynów, dostać do ręki <3 świeżutki 11 numer, w który odleciałam podczas dalszej jazdy pociągiem. I ten napój, coś z yerba mate, potwierdzam, smakował mi bardzo.

Swoją drogą łażąc po knajpach zadręczałam barmanów i -ki pytaniami o piwa, bo wszystkie nazwy brzmią bardzo egzotycznie, a widzę, że półki i w lokalach i sklepach się od nich roją.

A że co dobre, szybko się kończy. Warszawa, w końcu była przystankiem po drodze do świątecznego domu. Nie mogę się tylko pozbyć wrażenia, że Pałac Kultury, z naszego okna w ciemnościach wyglądał bardzo kosmicznie.zz5 zz4 zz3 zz1 zz zz7 zz6