Ścięłam włosy. Może o dziesięć centymetrów. Przy mojej długości nieznacznie, kształt się trochę poprawił, końcówki odżyły. Na bydgoskim rynku u fryzjera na piętrze z marmurową posadzką.

Pan obok ścinał swoje kruczo-srebrne włosy. Ja za swoją fryzjerką nie gadałam. Siedziałam w ciszy przerwanej świstem nożyczek. Nie chciało mi się powielać schematu, że z Londynu, na emigracji, że czuję się lepsza, bo nie czuję. Kiedyś kosmetyczka w Polsce powiedziała mi, że przyjeżdżają takie z zachodu z euro, funtami i wydaje im się, że w Polsce kupić mogą wszystko.

Stuk metalu o posadzkę. Coś spadło, powiedział pan w fotelu obok do swojej fryzjerki. Schyliła się, podniosła, to śrubka do nożyczek, bardzo ważna rzecz. Wyobraziłam sobie nożyczki łamiące się na pół w jej rękach.

Niech pani tak bierze z góry, instruował ją pan, jak są krótsze to wygląda, że ich więcej. Nie, że panią pouczam, ale zaobserwowałem.

Rozglądnęłam się na boki. Suszarka powolnym tempem rozgrzewała mi czaszkę. Ania, telefon, rykneła pani z recepcji, moja fryzjerka, wpięła mi różową klamrę i pobiegła do słuchawki. 

Nie mogłam pozbyć się uczucia, że przeniosłam się 30 lat w przeszłości, do polskiej komedii obyczajowej, w której główną rolę gram ja.

  • Twoja historia o fryzjerce przypomina mi inną, która przytrafiła się mi: miasteczko powiatowe, ścinam tam włosy, bo taniej. Pani mówi, że wkrótce jedzie do Niemiec zbierać ogórki. Na miesiąc. Tak, o, podreperować budżet.

    • Aga

      Haha, no bo fryzjerzy w Polsce zbierają ogórki 😀 Ja kiedyś wyrywałam ziemniaki na studiach w Szkocji, ciężka praca. Ona pewnie ma wprawę jak codziennie nożyczkami wymachuje.