Phnom Penh to pędzące miasto. Tu w stolicy Kambodży chodniki nie istnieją, a liczba motorów manewrujących we wszystkich kierunkach, jadących pod prąd, zaskakuje. Chodząc po mieście, sama staję się częścią tego szaleństwa. 

Prażę się w upale, czerwony kurz przyczepia się do wszystkiego. Ten chaos i upał i kurz, powoduje, że to trudne miasto do zwiedzania.

Kambodża to jeden z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. Ostatnie dane, które mi wpadły w ręce, dawały Kambodży 161 miejsce na 180 w tym ponurym rankingu. Liczy się jedna partia Cambodian People’s Party, a Hun Sen jest premierem od 30 lat. Ostatnie lipcowe wybory były tylko formalnością, część opozycji poznikała w ostatnich latach…

Mało kto rozmawia tu ze mną o polityce. Ludzie skupiają się na sprawach codziennych. Po reżimie Khmer Rouge, który zniszczył duszę kraju i zebrał w ofierze 25% ludności, pod kolejną bardziej subtelną i mniej krwawą dyktaturą, ludzie chcą świętego spokoju. Tylko jeden z moich gospodarzy, 34-latek z okolic BanLung skarżył się na brak turystów. Winił rząd, który z wyborów urządził farsę, na co reakcją międzynarodową miał być bojkot Kambodży. Innych konsekwencji międzynarodowych z tego co wiem, nie ma.

Inni ludzie mówili więcej o korupcji. O nepotyźmie w zakładach pracy i depresji ludności plemiennej, która obok Khmerów zamieszkuje Kambodżę. Istnieją podziały, tutaj wyraźnie zarysowane przez pochodzenie. I piwo w puszce Cambodia jest spijane od rana.

Mimo wszystko czasy się zmieniają. Dzieci z wiosek plemiennych chodzą już do szkoły. Statusem społecznym jest posiadanie motoru, dobrze, żeby lśnił w słońcu.

I to właśnie te motory buchają ogniem w Phnom Pen. Mój hostel dawno remontu nie widział, za łóżko na 4 pietrze zapłaciłam 2 dolary. W 16-osobowym pokoju. Prażyliśmy się wszyscy jak sardynki.

*

Na śniadaniu w małej nastawionej na turystów restauracji siedziało dwóch facetów. Zajęłam stolik obok. Zamówiłam tani smażony z jajkiem i warzywami ryż.

Oboje mieli przekrwione europejskie oczy po całonocnej imprezie. Może widziałam ich wczoraj przechodząc obok jednego z barów, gdzie niczym gołębie przesiadują młodziutkie azjatyckie dziewczyny. W ich tłumie łatwo wypatrzeć bledszych, starszawych facetów.

*

Dopiero na północnym wschodzie Kambodży poczułam, że udaje mi się przeniknąć przez tą warstwę kurzu z miasta. Budziłam się ze słońcem, z tymi kogutami, które piały w odpowiednim czasie. Wioska ożywała wcześnie, próbując złapać kilka oddechów przez palącym słońcem.

Na wsi plantacje kauczukowca mieszały się z dżunglą. Małe wioseczki wyglądały dziewiczo. Tam życie toczy się na brzegu drogi, albo pod domem na wysokich nogach.

*

Żeby wjechać do Laosu, trzeba najpierw z Kambodży wyjechać. Łapówka za przybicie pieczątki to standardowa praktyka. Kiedy odmówiłam, zabrali mi paszport i kazali czekać. Po 15 minutach wróciłam do okienka, próbując go odzyskać. Urzędnik w zadeklarował, „że nawet Kambodżanie płacą, dwa dolary, pół, ale płacą. A ja co wymyślam.” Ale puścił dalej i tak się z Kambodżą pożegnałam.