Jak się wpadnie w wir pracy to ciężko pisać wieczorami po sesji z netflixem i kolacją, albo J. i winem. Już ciemno i komu by się chciało myśleć po całym dniu tej niezmiernie męczącej czynności, łatwiej kupować buty na internecie, albo bawić się z kotą. A propo zakupów, kupiłam parę notatników w tym roku, ten ostatni ma złoto-pomarańczową okładkę w ornamenty. Za każdym razem jak kupuję kolejny to ma coraz ładniejszą i tylko strony wydają się coraz bardziej puste. Przynajmniej wiem, że kiedy naprawdę będę potrzebować, to jeden z nich będzie na mnie czekać… w wiecznej gotowości…

Ale to co w notatniku i tak nie przeniesie się tutaj, więc wracam do kategorii osobiste na blogu i jak komuś przyjemność sprawia czytanie moich myśli to zmusiłam się  zmotywowałam się, piszę.

Podczas moich ostatnich sobotnich wędrówek po wschodnim Londynie w jednym z charity shopów kupiłam książkę Never Let me Go, tylko dlatego, że obok niej na ladzie leżała wyrwana z zeszytu kartka z napisem: książka tegorocznego noblisty. Mam więc książkę, której nie mogę wypuścić z rąk, książkę tegorocznego noblisty za jedne 99p. Ceny książek są dla mnie bardzo niezrozumiałe. Toż nawet stare ubrania są droższe. Nie że narzekam, cieszę się ze swojego zakupu. Ale jak książkę noblisty można kupić za 99p, to inne za darmo rozdają?

Londyn szarzeje powoli, choć jesień nam się udała. Kupiłam kolejne dwie pary butów, wszystkie do kostki, do kolekcji, jedne nawet przez internet. Najgorsze, że w metrze jak na targowisku, obcasy max 2 razy w tygodniu. Codziennie spokojnie robię z 4 kilometry, choć tu akurat nie ma się czym chwalić, bo daleko do 10,000 kroków, które według mojej komórki powinnam była robić na dzień. Zdarza mi się zrobić, jak się gdzieś zgubię, albo chcemy dostać bilety do kina. Taka motywacja. Aplikacja od ubezpieczenia zdrowotnego za każde 13 punktów tygodniowo wysyła mi bilet do kina. Więc chodzimy z M. i nabijamy punkty i chodzimy oglądać za kroki filmy.

Stałam dzisiaj w wirtualnej kolejce i wystałam bilety na Bon Ivera. Ostatnio koncert odwołali, ale warto próbować. Może teraz się uda. Co ciekawe ryzykowne zrobiło się nie tylko chodzenie na koncerty, ale też latanie samolotami. Kiedyś jak człowiek kupił bilet to nie jak los na loterii, że może odwołają, albo pilota nie będzie, bo poszedł na zasłużony urlop, na który ja też próbuję polecieć. Zresztą, kupowanie butów przez internet też jak loteria. Obcasy okazują się za wysokie za wędrówki po londyńskim metrze. Choć czemu się dziwię, że loty, że buty i koncerty. W końcu wszyscy jesteśmy hazardzistami.