Londyn może pochłonąć w jednej sekundzie. Zmiażdżyć naprędce toną pasażerów w metrze, odurzyć spalinami, sfrustrować niepomalowanymi od miesiąca paznokciami, szafą na środku pokoju, mailami pozostawionymi bez odpowiedzi, spotkaniami, na które nie było czasu.

Londyn może zmęczyć człowieka, tak, że w czasie wolnym zamiast z niego korzystać, szuka się biletów w odległe zakamarki świata. Żyje się wtedy od wyjazdu do wyjazdu, patrząc na wiecznie tykający zegarek, tylko nie wtedy, kiedy czas powinien płynąć szybciej.

Zmęczenie miastem, w którym żyjemy może spotkać każdego z nas. Londyn można tutaj zastąpić Madrytem, Krakowem, Paryżem, Nowym Jorkiem…

Ale jak to sobie uświadomimy to jesteśmy na dobrej drodze. Bo miasto nas męczy tak jak mu na to pozwalamy. I daje tyle ile z niego bierzemy. Nie jest dla wszystkich, czasem nie jest na teraz. Ale na pewno nie poczujemy się lepiej uciekając, bo będziemy nieść ze sobą ten niewidzialny ciężar razem z każdym następnym krokiem.

Nie mam tutaj na myśli wyjazdu na chwilę, żeby odpocząć, żeby odetchnąć innym powietrzem, stanąć na nowym lądzie, wypatrywać kształtów innych chmur pod nowym kątem. Takie wyjazdy bardzo dobrze robią, pozwalają odetchnąć, zwolnić, odświeżyć punkt widzenia.

Jak nie ucieczka, to co?

Jak to ująć w słowa uświadomiła mi wczoraj moja instruktorka jogi. Powiedziała, trwajcie w pozie, pogłębiajcie ją do momentu, kiedy nie możecie regularnie oddychać, kiedy mięśnie waszej twarzy będą spięte, pojawi się grymas dyskomfortu. Wtedy trzeba się minimalnie wycofać, wyregulować oddech i rozluźnić mięśnie twarzy. Będziecie wtedy o krok dalej niż reszta ludzi na co dzień uciekająca od swoich problemów.

Następnie skupiamy się na doznaniach jakie odczuwamy. Jest to ciekawe doświadczenie. Częściowo niekomfortowe, ale też satysfakcjonujące. Możemy trwać w pozie i nie oceniać, czuć po prostu to czego doświadczamy.

Obserwacja samego siebie. Akceptacja samego siebie.

Przykład z jogi można przełożyć na nasze codzienne życie. Dlatego, kiedy czujemy dyskomfort emocjonalny jak na przykład nieracjonalną chęć ucieczki z miasta, jeżeli nie powoduje ona bólu (nie dzieje się coś poważnego z racjonalnego punktu widzenia) i tak jak w jodze jesteśmy w stanie oddychać (czyli mimo dyskomfortu jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować),  po prostu w tym stanie trwajmy. Nie oceniajmy, nie starajmy się na siłę zmienić tego odczucia, nie reagujmy złością. On sam przejdzie, zamieni się w coś innego.

Bo uciekając od tego uczucia, od tych emocji, będziemy je wlekli ze sobą, czując ich ciężar.

Gdziekolwiek uciekniesz, to dalej będziesz Ty.

Miałam taki moment w Londynie, że zamiast skupić się na byciu tutaj, skupiłam się na planowaniu wyjazdu z niego. Czułam się zmęczona, przytłoczona. Nigdzie nie mieszkałam jeszcze tak długo w jednym miejscu.

Szukałam rozwiązania na siłę, w głębi duszy doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zamieniając Londyn na cokolwiek innego to dalej będę ja z tymi samymi negatywnymi emocjami.

I dopiero jak pozwoliłam sobie na bycie blisko moich emocji, na trwanie w tym stanie, mimo, że początkowo było to bolesne, z czasem odczułam ulgę. Nie dlatego, że coś się zmieniło. Londyn jest taki jak był. To ja zaakceptowałam pewien stan rzeczy i przestałam się wewnętrznie buntować, zrelaksowałam się. Zaczęłam doceniać to co wcześniej wydawało mi się mało istotne, przysłonione negatywnymi emocjami.

Zrozumiałam to co wiedziałam racjonalnie, też emocjonalnie. Że sam wyjazd mi nic nie da. I już nie uciekam. Wręcz przeciwnie. Nazywam Londyn moim domem.