Nie pojechaliśmy do Paryża. Jakoś tak wyszło. Zostaliśmy w Wersalu, mieście burżuazji, w którym paradoksalnie czułam się jak na wsi. Może to klimat mieszkania w XVIII wiecznej kamienicy, albo fakt, że skwar opanował miasto i ulice opustoszały na parę godzin po południu.

Kamienica mnie zachwyciła, te okiennice, najchętniej sama bym sobie takie zamontowała. Tylko by je w Londynie pewnie przez wiatr wyrwało. W głowę bym taką dostać nie chciała. Może to dziwne, ale od muzeów wolę właśnie stare budynki, najlepiej przedwojenne. Mogę chodzić dookoła nich godzinami, podziwiać odrapane drzwi, zacienione podwórka. Najlepsze, że zawsze się jakaś znajdzie. Czy to w Wersalu, czy w Bośni, gdzie niedawno byliśmy.

Nie zrobiłam zdjęcia, ale w tej w której mieszkaliśmy u naszych przyjaciół było osobne wejście. Dla służby. N. mi pokazała. Otworzyłam pozornie niepotrzebne drzwi w łazience, a tam w dół schodzą drewniane schody. Takie jak u dziadków na strychu. No, ale wiadomo. Przecież pani gosposia nie mogła by wejść głównymi schodami, bo to nie wypadało. Ciekawe, czy odbywały się tam jakieś schadzki.

wersalska kamienicawersalska kamienicawersalska kamienica

Wyruszliśmy na miasto w tym upale. Wersal mnie nie rozczarował. Był bardzo francuski. Rowery, bagietki pod pachą i malutkie sklepiki boulangeriepatisserie i M. który mówi po francusku za nowozelandzkim Flights of the conchordsBonjour, Camembert, Jacque Cousteau, Baguettte… bo więcej nie potrafi.

uliczka w Wersalufrancuski przystanek autobusowyW Weralumy w Wersalu

Wersal jest ciekawym miastem. Wydaje się mały, jak się tam chodzi po tych uliczkach. Co chwila jakaś kawiarnia i ryneczek, ale też nigdy się nie kończy, nie jest oczywisty. Ja bym najchętniej do większości tych uroczych kawiarenek weszła, ale nie wiem jaki byłby ze mnie pożytek po takiej ilości wypitej kawy. Może szybciej bym zwiedzała.

Dowiedziałam się, że francuscy rodzice są sprytni. Zapisują dzieci do harcerstwa, które podobno jest ostoją katolicyzmu i pozbywają się dzieciaków na cały weekend. Fajni ci skauci byli, trafiliśmy na nich na jednym z rynków, przed kościołem. Mam sentyment, sama tyle lat chodziłam w mundurze.

katedra w Wersaluharcerze w Wersalu

Nie mogło się obejść bez zdjęcia okiennego, które M. skrupulatnie na każdym naszym wypadzie wykonuje. Kiedyś muszę je zestawić obok siebie. Ciekawe są to spotkania, dwóch obserwatorów podgląda siebie nawzajem.

WersalAga z I saw pictures

Wersal jest bardziej znany jako zamek, rezydencja królów francuskich. Zwiedzaliśmy go poprzednim razem jak tam byliśmy, więc teraz ograniczyliśmy się do piwa na jednym z przyzamkowych ogródków piwnych. A obok nas kręciły się damy dworu, szlachta pozowała do zdjęć. Wszyscy spieszyli do zamku na bal.

zamek w Wersaluzamek w Wersaludorożka w Wersalu

Na drugi dzień wybraliśmy się na lokalny targ. Kocham targi, mogę się po nich włóczyć godzinami, wąchać owoce, warzywa, gapić się na ludzi. Łatwiej się schować i podglądać, jest to takie moje ludzkie zoo. Znów uniwersalne dla każdego miejsca na ziemi. Wyobraziłam sobie listę miejsc, w które chodzę regularnie – dookoła kamienic, podwórka, kawiarnie i targi… haha

targ warzywny w Wersalutarg warzywny w Wersalutarg warzywny w Wersalu

Wersal to było idealne miejsce na weekendowy wypad. Ależ ja się odprężyłam. Nagrzałam na słońcu. Opiłam kawą. Czułam się jak na wsi, jak w dworku z Pana Tadeusza, gdzie lata się na boso, opycha i romansuje.

kawa w Wersalu